the smallest thing

Sometimes even the smallest things can trigger some memories. Like a familiar scent, food or a piece of clothing. Refreshing our spring wardrobe, I stumbled upon my good old flats. They traveled with us for the last year and walked hundred of miles. First, they walked among Mormons in Salt Lake City. Then they visited the famous Las Vegas strip and gambled with me in Bellagio. They have been full of sand in Vancouver and got soaked in the autumn rain in Montreal.

But they have been waiting for warmer days for a while now. And I’ve missed slipping them on and walking for hours. So when I saw them at the bottom of our suitcase, the first thing that came to my mind was a memory of last May and New York City.

There is nothing better than wandering slowly and discovering new and exciting places. And I think I don’t have to write it, but in NYC there is like a million of things you can do or see. And this one happens to be one of our favorites. We’ve walked the High Line couple of times. Each time was different. First one was in the rain; a second was a slow stroll without a camera (you have to take our word on that one). And this one, on a sunny weekend afternoon, was probably the last one we took. It couldn’t be more perfect. It was finally warm; we just have had a good lunch, and our only concern was too that we couldn’t see the famous Cobra mural because it was painted black just a few weeks before. Otherwise, it was another perfect lazy afternoon stroll.

And although my shoe’s days are numbered, I can’t wait for their next adventures…


Czasem tak niewiele trzeba, żeby przywołać wspomnienia. Znajomy zapach, smak, albo jakaś przypadkowa rzecz. Odświeżając wiosenną garderobę, natknęłam się na swoje ukochane granatowe balerinki. Przejechały z nami cały ostatni rok i przeszły kilkaset kilometrów. Spacerowały wśród mormonów w Salt Lake City, przeszły słynnym strip’em w Las Vegas, były nawet świadkiem wygranej w kasynie, w którym grali Brad Pitt i George Clooney. Wysypałam z nich kilogramy piasku po plażowych spacerach w Vancouver i suszyłam, przemoczone po jesiennych mżawkach w Montrealu.

Ale od jakiegoś czasu, czekały na dnie walizki na cieplejsze dni. Chyba tak jak były już stęsknione za naszymi długimi spacerami. Może dlatego, że byliśmy tam dokładnie rok temu, ale kiedy tylko wzięłam je do ręki, pierwsze o czym pomyślałam, to ubiegły maj i nasz czas w Nowym Jorku.

Do znudzenia powtarzamy, że nie ma nic lepszego w podróżowaniu jak nieśpieszne zwiedzanie i poznawanie nowych miejsc, a tych w NY nie brakuje… Jednym z naszych ulubionych miejsc stał się High Line Park, o którym więcej pisaliśmy w zeszłym roku. Przeszliśmy go kilkukrotnie. Pierwszy raz, praktycznie następego dnia po przylocie, wcześnie rano, w lekkim deszczu. Kolejny raz wróciliśmy tam od nie chcenia, spacerując bez aparatu po okolicy (musiecie uwierzyć nam na słowo, ale zdarzają nam się dni bez aparatu w ręce). I oczywiście ten raz, o którym teraz piszemy. Słoneczny dzień, ciepło, ale nie za gorąco, zjedliśmy przed chwilą dobry lunch na Brooklinie i postanowiliśmy pojechać zaobaczyć mural Cobry, który przegapiliśmy poprzednio (jak się okazało, nie przegapiliśmy, bo na kilka tygodni przed naszym przyjazdem mural, z jakiegoś dziwnego powodu, został zamalowany na czarno…). Dobra kawa i mrożona herbata wynagrodziły nam to później w małym stopniu. Nie mogliśmy wymarzyć sobie piękniejszego leniwego popołudnia!

I choć dni moich bucików są już raczej policzone, to jestem ciekawa jakie nas jeszcze czekają wspólne przygody…


RELATED POST

  • Dla mnie ulubione butki, w których gdzieś wyjeżdżam mają taką symboliczną wartość – niedawno po wielu latach i setek prań w końcu wyrzuciłam stare conversy, które były ze mną niemal od początku mojego podróżowania. Tyle zobaczyły i przeżyły! Zostawiłam je w śmietniku za oceanem.
    Dobrze jest czasem zostawić aparat i ruszyć przed siebie, o prostu być i czuć. A park jest piękny. 🙂

    • też zauważyłam, że z butami zawsze jakoś najciężej się rozstać 🙂 zwłaszcza jeśli były świadkami tych wszystkich przetuptanych kilometrów…
      chasm ciężko się powstrzymać o pstrykania zdjęć, ale zdecydowanie warto!

INSTAGRAM
follow us on instagram