Dlaczego zamieszkaliśmy w małym miasteczku w Utah?

W podróży USA
Kwiecień 2016
USA, Utah, w podróży
"Utah przywitało nas piękną wiosną i widokiem gór, jakiego się niespodziewaliśmy..."

Gdybyście zapytali nas kilka lat temu, gdzie leży Provo, na pewno nie bylibyśmy w stanie odpowiedzieć wam na to pytanie. Nie wspominając już o tym, że nigdy nie przeszło nam nawet przez myśl, żeby odwiedzić to niewielkie miasteczko w Utah. Wizyta w Provo nigdy nie było naszym podróżniczym marzeniem… Ale szukając biletów z Kanady do Stanów, trafiliśmy na bardzo dobre połączenie z Calgary do Salt Lake City, co w połączeniu ze świetnym Airbnb w Provo, pomogło nam szybko podjąć decyzję.

Po bardzo aktywnym miesiącu w Canmore i Banff, potrzebowaliśmy małej przerwy. Kusiła też wizja poczucia na własnej skórze życia na amerykańskiej prowincji. Przecież nie wszyscy Amerykanie mieszkają w wielkich miastach z drapaczami chmur, metrem i Starbucksem na każdym rogu. Byliśmy zwyczajnie ciekawi jak naprawdę wygląda małomiasteczkowe życie przeciętnych Amerykanów. Nie mieliśmy zbyt wygórowanych oczekiwań. Miało być ciepło, słonecznie i na luzie. Utah przywitało nas za to przepiękną wiosną i widokami gór, jakich się nie spodziewaliśmy…

Z Salt Lake City, do Provo dostaliśmy się tradycyjnie pociągiem. Komunikacja w stolicy stanu Utah jest jak na Stany, bardzo w porządku. Poza małymi kłopotami z wypłatą z lotniskowego bankomatu- nasz bank po roku podróżowania po Ameryce Północnej, w ramach dbania o nasze bezpieczeństwo, postanowił nam zablokować kartę, wszystko poszło gładko. Całe szczęście, od początku podróży wozimy ze sobą dwie dolarowe karty i jedną w PLN “na wszelki wypadek”. Z lotniska do miasta jeździ kolejka, z której przesiedliśmy się na pociąg UTA – Utah Transit Authority. Pociąg jeździ co pół godziny i w jedną stronę kosztuje 6,60 USD. Taki bilet jest ważny przez 2,5h i działa jak transfer, więc można go też wykorzystać do poruszania się po SLC). W samym Provo do przemieszczania się służył nam głównie Uber i Lyft.

Wiecie, jak to jest być non stop obserwowanym? My tak się czuliśmy przez te kilka tygodni w Utah. Nie tylko w Provo, ale tak samo było w prawie dwa razy większym Salt Lake City. W USA samochód (nie ważne jaki, ważne żeby jeździł) ma KAŻDY. Oprócz bezdomnych… A odległości nawet w mniejszych miastach potrafią być spore. My z naszego airbnb do stacji kolejowej, która była w centrum mieliśmy do przejścia bagatella 6km. Całe szczęście, od pobliskiego Wallmart’u dzieliło nas kilkaset metrów. Na widok ludzi idących chodnikiem kierowcy zwalniają i przyglądają się podejrzliwie.

Jedną z naszych ulubionych anegdotek jest historia o wypłacaniu pieniędzy z bankomatu. Nie mogliśmy przez pół dnia nigdzie znaleźć miejsca, w którym bezpiecznie wypłacimy gotówkę. Okazało się bowiem, że bankomaty znajdują się tam nie tak jak w Europie na ścianie banku, ale jest do tego przeznaczone specjalne drive-through. Wyobraźcie sobie teraz miny amerykańskich kierowców, gdy stanęliśmy w takiej kolejce pomiędzy samochodami…

Poza przygodami komunikacyjnymi, wszystko inne było bardzo miłą niespodzianką. Nasi hości z airbnb, okazali się być przemili. Mieszkanie było przestronne, miało najwygodniejsze (i największe) łóżko, w jakim kiedykolwiek spaliśmy i kominek, który umilał nam chłodne, kwietniowe wieczory. Ręczniki i pościel były zmieniane co tydzień, niczym w hotelu. A dzięki ultra szybkiemu internetowi (w Utah mieliśmy dostęp do Google Fiber) mieliśmy super warunki do pracy. Jedynym zastrzeżeniem był zakaz konsumpcji alkoholu na terenie nieruchomości. Ale o tym więcej opowiemy Wam następnym razem. Dziś zabieramy Was na krótki spacer po amerykańskim prowincjonalnym miasteczku.

Trafiliśmy tam o najlepszej możliwej porze roku, gdy śnieg zdążył się już trochę stopić, a wszystkie drzewa i krzewy zakwitły. Miasto jak na Amerykę przystało składa się z małego “zabytkowego” centrum z kawiarniami i niewielkimi sklepami, ulicy z bankami i innymi instytucjami i gigantycznych przedmieść. Do tego dorzućcie Walmart, Uniwersytet, szpital, kościół i kilku kilometrową 4 pasmową drogę, po której obu stronach znajdziecie wszystkie fast foody świata. Jedyny właściwy sposób konsumpcji to oczywiście drive-through i jedzenie na parkingu w samochodzie…

Dlaczego więc zdecydowaliśmy się na mieszkanie właśnie w takim miejscu. I to bez samochodu… Tak jak pisaliśmy na wstępie, chcieliśmy trochę odpocząć po intensywnym roku w Kanadzie i zebrać siły na kolejne miesiące w podróży. Dookoła miasta były piękne góry, w które oczywiście się wybraliśmy, odwiedziliśmy kilkukrotnie Salt Lake City i przy kominku nadrobiliśmy wszystkie filmowe i książkowe zaległości. Teraz, już po jakimś czasie, wspominamy tamten miesiąc jako jeden z ciekawszych, mimo że był chyba najmniej “efektowny” ze wszystkich, w czasie naszej dwuletniej podróży.