Toronto Island

W podróży Kanada
Grudzień 2017
Kanada, Toronto, zima
"To za ciszę, spokój i dźwięk fal uwielbiamy to miejsce"

Wyobraźcie sobie mróz, który ścina wszystko, włącznie z włoskami w nosie, zaledwie sekundy po wyjściu na dwór. Ubieracie się więc we wszystko co macie (ja pod wełnianym płaszczem miałam jeszcze puchową kurtkę), wkładacie ciepłe czapki, rękawiczki, ciasno oplatacie się szalem i co robicie? Idziecie na prom! Zimą, nawet w największy mróz dotrzecie na Ward Island. I chociaż w grudniu nie uświadczycie tam plażowych tłumów, to na promie spotkacie co najmniej kilkanaście osób; z dużym prawdopodobieństwem będą one w posiadaniu rowerów i sporych wózków z zakupami. Wyspa jest bowiem całorocznym domem dla ponad 600 mieszkańców, ale nie ma na niej sklepów, kiosków, stacji benzynowych. Jednym słowem poza kawiarnią i kilkoma budkami z hotdogami po drugiej stronie wyspy, też czynnymi tylko w sezonie, nie ma tu absolutnie żadnych sklepów. Wszyscy muszą więc pływać (do tego najwygodniejszy jest rower z przyczepką) do miasta.

Nie byliśmy w Toronto latem, ale zimą między miastem a wyspą kursuje mini prom, z ogrzewaną kabiną, z której zdarzyło nam się raz korzystać, przez większość czasu wolimy stać na dworze i obserwować malejące w oczach Toronto. W ten sposób opuszczamy tętniące życiem, głośne miasto i przenosimy się na niezwykle senną, opustoszałą o tej porze roku wysepkę. Lodowaty wiatr smaga nasze niczym nie zasłonięte nosy i policzki, które skrzętnie smarowaliśmy przed wyjściem tłustym kremem. Po kilku tygodniach intensywnych mrozów, jezioro Ontario kompletnie zamarzło i prom zmienił się w najprawdziwszy lodołamacz, przecinając skutą lodem taflę jeziora. Dzięki temu przeprawa trwa o kilka minut dłużej niż zwykle, co nas niezwykle cieszy – najchętniej pływalibyśmy tak bez końca.

Jak tylko schodzimy, z promu, swoje kroki kierujemy na naszą ukochaną plażę – Wards Island Beach), która zgodnie z naszymi przypuszczeniami jest kompletnie pusta.

To za ciszę, spokój i dźwięk fal uwielbiamy to miejsce. I choć niestety tym razem nie było nam dane się opalać – jak na plażę przystało, to i tak było cudnie. Przy takiej temperaturze, grunt to nie zamarznąć, więc spacerowaliśmy tak długo, aż nie odmarzły nam uszy i nie skończyła się nam gorąca herbata w termosie, czyli przez jakieś półtorej godziny.

Powrót do domu pamiętamy jak przez mgłę, szybki spacer na przystań promową. Po przygodzie sprzed dwóch lat, gdy trafiliśmy na dwugodzinne okienko między promami, byliśmy przygotowani – zapisaliśmy sobie dokładny rozkład (na kartce). Nie wiemy czy wiecie, ale baterie telefonów mają czasem problem z temp. poniżej -20 stopni i dziwną tendencję do szybszego rozładowywania się. Jak tylko weszliśmy na prom, schowaliśmy się w ogrzewanej kabinie, żeby troszkę odtajać. Wracaliśmy o naszej ulubionej porze, czyli o zachodzie słońca.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że gdy tylko słońce schowało się za horyzontem, temperatura spadła o dodatkowe kilka stopni. Dorzućcie do tego jeszcze lodowaty wiatr na jeziorze i macie dwa sopelki. Dlatego jak tylko dopłynęliśmy do brzegu, nasze myśli symultanicznie powędrowały ku naszemu ulubionemu miejscu – knajpce z ramenem. Bo czy jest coś wspanialszego w mroźny dzień niż olbrzymia miska, pełna gorącego (wręcz parującego), złotego wywaru i makaronu? Nie ma, możecie nam wierzyć, nie ma nic wspanialszego!